Rower elektryczny do codziennych dojazdów — eksperyment dwóch miesięcy

Osiem kilometrów do biura, dwadzieścia pięć minut w korkach autem, sześćdziesiąt dni eksperymentu z e-bike’iem. Wyniki nie są fajerwerkami, ale są na tyle konkretne, że warto je spisać. Auto przez te dwa miesiące zostało w garażu prawie w całości — przejechałem nim 240 km, z czego 180 km to wyjazd na Mazury z partnerką.
Sprzęt — Trek Verve+ 2 z motorem Bosch CX, kupiony z drugiej ręki za 5800 zł, oryginalna cena nowego 12 tys. Rocznik 2023, przebieg 1200 km na liczniku w momencie zakupu. Sprzedawca — facet z Bytomia, który po zmianie pracy przesiadł się na samochód służbowy. Dla mnie idealny scenariusz: prawie nowy rower, mocno przeceniony.
Dane z 60 dni — co mierzyłem
- Czas dojazdu: 18-22 min (auto rano: 22-32 min, w deszczu do 38 min)
- Spalone kalorie z asystą Eco/Tour: 140-170 kcal/dojazd (Garmin Fenix 7)
- Zużycie baterii na 8 km z poziomami asysty 1-3: 8-12% pojemności
- Koszt energii do pełnego ładowania (500 Wh): 35 groszy przy taryfie nocnej
- Łączny przejechany dystans po 60 dniach: 720 km (dojazdy + kilka weekendowych pętli)
Bateria po 60 dniach i 720 km zachowała 92 procent pojemności nominalnej według diagnostyki Bosch eBike Connect. Bosch deklaruje 70 procent po 1000 cyklach ładowania — przy moim tempie (jeden cykl co 3-4 dni) wychodzi na to, że dziesięć lat z głowy.
Co mnie zaskoczyło na plus

Brak konieczności prysznica po dojeździe — zaskoczyło najbardziej. Z asystą na poziomie Tour (drugi z czterech) wchodzę do biura w koszuli, którą wkładałem przed wyjściem. Spod marynarki nie wyłazi mokra plama, w lecie potrzebuję 5 minut pod wiatrakiem zamiast dziesięciu pod prysznicem. Dla weekendowej kondycji nadal jeżdżę zwykłym rowerem szosowym, e-bike jest narzędziem A do B, nie treningiem.
Druga rzecz — 35-milimetrowe opony Schwalbe Marathon wystarczają na Katowicach. Mam w głowie scenariusz „muszę mieć szersze opony do miasta”, a okazuje się, że ścieżki rowerowe + spokojne osiedlowe + wybetonowane chodniki w niezłym stanie nie wymagają niczego więcej. Po dwóch miesiącach jedno przebicie, na Mickiewicza, śruba M4.
Trzecia — niezawodność w deszczu. Dwa porządne ulewy w tym sezonie, jedna z gradem. Hamulce hydrauliczne Shimano działają identycznie sucho i mokro, błotniki SKS Bluemels są tańsze niż Cię to obchodzi i robią robotę.
Co irytuje

- Waga 24 kg — wniesienie do mieszkania na drugim piętrze bez windy odpada. Konieczność piwnicy z zamkiem U + łańcuch
- Ryzyko kradzieży — kupiłem GPS Mocnik Tag za 120 zł, plus 19 zł/mc za abonament SIM. Dzwoni mi telefon, jak rower wyjdzie z piwnicy bez powodu
- Cena akumulatora wymiennego — Bosch PowerPack 500 kosztuje 2400 zł nowy. Po latach to będzie temat
- Wymiana okładzin hamulcowych co 1500-2000 km zamiast 4000 jak w zwykłym rowerze — masa robocza większa
Dla kogo to ma sens
E-bike dojazdowy ma sens dla dystansów 5-15 km z pagórkami albo wiatrami od strony pracy. Dla osób z bezpiecznym garażem lub piwnicą. Dla tych, którzy chcą rezygnować z auta w mieście, ale nie chcą dochodzić zlani potem. Dla par, w których jedna osoba jest sprawniejsza — z asystą można jechać razem bez frustracji.
Nie ma sensu dla weekendowych długich wycieczek (zwykły rower lżejszy i tańszy), dla osób mieszkających w bloku bez windy i bez piwnicy, dla tych, którzy traktują rower jako trening (asysta odbiera 70 procent wysiłku).
Czy zostanę przy tym setupie? Tak, przynajmniej do końca sezonu. Plan na zimę — przekładki na zimowe opony Schwalbe Marathon Winter Plus (z kolcami) i jadę dalej. Auto zostawiam w garażu na wyjazdy poza miasto i sytuacje awaryjne. Po dwóch miesiącach to nie czuje się jak wyrzeczenie, tylko jak sensowna zmiana logistyczna.