Powrót do Lwowa? — refleksje po miesiącach

Cztery miesiące temu wróciłam z Lwowa i zamknęłam laptop z postem o tej podróży tak, jakbym domknęła rozdział. Okazało się, że nie domknęłam. Lwów zostaje, zmienia kształt, blednie w jednych miejscach i nabiera ostrości w innych. Ten tekst jest o tym, co przetrwało we mnie z tego wyjazdu i co z tego wyciągam dla siebie dzisiaj.
O samej wizycie pisałam w maju o swojej drugiej wizycie — ten post jest dopełnieniem, nie powtórzeniem. Zachęcam do przeczytania pierwszej części, jeśli tu trafiłeś bez kontekstu.
Co zostało żywe
Zapach lwowskiej kawy w Kopalni Kawy na Rynku — czekoladowa rzeźba topiąca się powoli na powierzchni. Wracam do tego co dwa tygodnie, kiedy nasypuję ziarno do młynka w kuchni. Niestety nie umiem tego powtórzyć, próbowałam.
Godzina policyjna o 23:00 i puste ulice — to wraca w snach, nie w wspomnieniach. Konkretnie ten moment, gdy szłam ostatnie sto metrów do hotelu i mijaliśmy dwóch chłopaków w mundurach pijących herbatę na ławce pod kościołem dominikanów. Skinęli mi głową, jakbym była sąsiadką wracającą po dyżurze.
Instalacja na Rynku z fragmentami rosyjskich pocisków, rozłożonych jak eksponaty w muzeum sztuki nowoczesnej. Stalowy odłamek z numerem seryjnym, podpisany miastem, datą, godziną uderzenia. Ten obraz wraca, gdy oglądam zdjęcia z innych ukraińskich miast — natychmiastowy filtr porównawczy.
I najtrwalsze — rozmowa z kelnerką w kawiarni przy Łesi Ukraïnki. Dwadzieścia cztery lata, mówiła po polsku z lekkim akcentem, brat w Bachmucie od ośmiu miesięcy bez kontaktu. Mówiła to przy zamówieniu naleśników, jak komunikat, nie wyznanie. Ten ton został.
Co wyblakło

- Nazwy restauracji — pamiętam dwie z sześciu, w których byłam
- Konkretne ceny — wiem, że było taniej niż w Krakowie, nie pamiętam o ile
- Nazwy ulic — poza prospektem Swobody i ulicą Ruską nic mi nie zostało
- Twarze przewodnika i pracowników hotelu — rozmyły się po pierwszym miesiącu
To jest ciekawa hierarchia. Mózg zachowuje emocje, sensoria i pojedyncze rozmowy. Wyrzuca dane, fakty, logistykę. Przewodniki turystyczne piszą o tym, czego nie zapamiętasz.
Co zmieniło się w domu

Trzy książki o Ukrainie w cztery miesiące — czego nie zrobiłam przez poprzednie dwanaście lat od pierwszej wizyty. „Czerwony głód” Anne Applebaum, „Internat” Serhija Żadana, „Bramy Europy” Sergija Płochija. Każda zostawiła coś innego — Applebaum kontekst historyczny, Żadan codzienność wojny, Płochij — perspektywę długiego trwania.
Miesięczna wpłata 100 zł na fundację Synaj — pierwsza stała wpłata charytatywna w moim życiu. Nie spektakularna kwota, ale stała, co dla mnie jest nowością. Marcin nabija się, że to mój sposób na wyrzuty sumienia, że nie wracam fizycznie. Ma częściowo rację.
Dlaczego jeszcze nie wracam
Paradoks tego typu wyjazdów polega na tym, że gdy raz wiesz, że na pewno wrócisz, odkładasz to. Lwów stał się dla mnie miastem „na pewno tam jeszcze będę” i przez to nie jest miastem „w tym roku”. Walka o weekendy przegrywa z Albanią, Pragą, Lizboną — miastami, w których jeszcze nie byłam. To nieuczciwe, ale prawdziwe.
Drugi powód jest bardziej praktyczny — chcę pojechać do dwóch innych miast, zanim wrócę do Lwowa. Czerniowce, których prawie nikt z moich znajomych nie odwiedzał, i Iwano-Frankiwsk, o którym czytałam, że po pełnoskalowej inwazji nabrało dziwnej, ciężkiej ciszy. Plan na przyszły rok — trzy miasta, dziesięć dni. Jeśli wszystko ułoży się sensownie.
Tymczasem zostają książki, wpłata, czasem zapach kawy z młynka, który nie pachnie tak samo. Może to wystarcza. Może nie. Refleksja po czterech miesiącach jest taka, że niektóre podróże zostają z tobą dłużej, niż się spodziewałaś, i nie zawsze w sposób, w jaki chciałabyś.