Książka, której nie skończyłam — i czego się z tego nauczyłam
Mam w bibliotece półkę na książki, których nie skończyłam. Nie jest mała. Stoi tam czternaście tytułów, niektóre porzucone na 50. stronie, inne na 200. Przez lata uważałam to za swoją porażkę — coś, czego nie umiem doprowadzić do końca. Ostatnio się przekonałam, że to coś innego. To są książki, które mnie czegoś nauczyły, i niekoniecznie dlatego, że je dokończyłam.
Kultura skończonych książek
Wychowałam się w przekonaniu, że książkę zaczętą trzeba skończyć. To było etyczne — szanujesz pracę autora, wytrzymujesz dłuższy fragment, dostajesz puentę. Mój ojciec, który był nauczycielem polskiego, mówił, że niektóre książki „otwierają się” dopiero w drugiej połowie. Wierzyłam mu. Przez pierwsze lata dorosłego czytania kończyłam wszystko, nawet książki, których nienawidziłam.
Po trzydziestce zaczęłam się buntować. Jeśli zostało mi w życiu może czterdzieści lat aktywnego czytania, czyli 40 razy 30 książek na rok, czyli 1200 książek (prawdopodobnie mniej), to nie mogę sobie pozwolić na trzymanie się tytułu, który mnie nuży. Każda godzina czytania złej książki to godzina, której nie poświęciłam dobrej.
Trzy rodzaje porzuconych książek

Po pewnym czasie zauważyłam, że książki, których nie skończyłam, dzielą się na trzy kategorie. I tylko jedna z nich jest naprawdę porzucona.
Kategoria pierwsza: zła książka
Po prostu źle napisana, nudna, źle zredagowana, oparta na fałszywych przesłankach. Po stu stronach widzisz, że autor nie ma nic do powiedzenia. Tutaj decyzja jest łatwa: odkładasz i nie wracasz. Niczego się z niej nie nauczysz oprócz tego, że nie kupuje się książek na podstawie pochlebnych polecek wydawniczych.
Kategoria druga: zła książka dla mnie teraz
Książka jest dobra, ale nie dla mnie w tym momencie. Próbowałam czytać Księgi Jakubowe Olgi Tokarczuk w czerwcu zeszłego roku — nie szło. Nudziło mnie, ciągnęło. Po pół roku, w styczniu, w grypę, sięgnęłam ponownie. Skończyłam w trzy dni. To samo z dłuższymi reportażami, dużymi powieściami z gęstym językiem — czasem trzeba mieć odpowiednie warunki, żeby się przebić.
Te książki czekają. Nie wyrzucam, nie oddaję. Stoją na półce „nieskończone”, którą przeglądam raz w roku. Część się odblokowuje, część zostaje.
Kategoria trzecia: książka, która już mi dała, ile mogła
Najciekawsza kategoria. To są książki, w których pierwsza połowa jest na tyle treściwa, że dalsza lektura nic mi nie doda. Czasem to non-fiction (autor powtarza tę samą myśl pięć razy w różnych przykładach), czasem to powieść, w której połowa wystarczy do uchwycenia rytmu i nastroju. Pełna lektura nie jest celem sama w sobie — celem jest zysk, a zysk już dostałam.
Tu wymagana jest pewna pewność siebie. Nieukończenie książki bywa odbierane jako brak kultury osobistej. Albo lenistwo. Albo niezdolność do koncentracji. Ja dziś mówię szczerze: tę książkę odłożyłam, bo mi już dała, co miała dać. Czasem ludzie pytają, czasem nie.
Jedna konkretna książka — i czego się z niej nauczyłam

Najświeższa z mojej półki nieskończonych: Kapitał w XXI wieku Thomasa Piketty’ego. Czytałam do strony 207 z 800. Nie skończyłam i nie zamierzam.
Czego nauczyłam się z tych 207 stron? Trzech rzeczy:
- Stosunek r > g (zwroty z kapitału przewyższają wzrost gospodarczy w długim okresie) jest empirycznym faktem opracowanym dla wielu krajów, a nie filozoficznym założeniem.
- Nierówności kapitałowe są dziś niższe niż przed I wojną światową, ale rosną nieustannie od lat osiemdziesiątych.
- Większość bogactwa we Francji i USA przed 1914 była odziedziczona, a nie zarobiona — i znów zaczyna taka być.
Po stronie 207 zaczęły się szczegółowe analizy podatków szwedzkich w okresie 1923–1953. Nie muszę ich znać do mojej codziennej rozmowy o nierównościach. Trzy powyższe punkty wystarczą mi do końca życia.
Co bym poradziła sobie sprzed dziesięciu lat
Trzy zasady, które dziś próbuję trzymać:
- Zasada 50 stron. Książki, które mnie nie wciągnęły do 50. strony, odkładam bez wyrzutów sumienia. Dla książek powyżej 400 stron — 80 stron próby.
- Zasada „co mi dało”. Po każdej książce, którą zostawiam (skończonej lub nie), zapisuję 2–3 zdania o tym, co z niej zabieram. Bez tego po roku nie pamiętam, czy ją czytałam.
- Zasada powrotu. Co kilka miesięcy zaglądam do nieskończonych. Czasem trzecie podejście jest tym właściwym.
Czy nieskończenie książki jest niegrzeczne wobec autora?
Tak długo, jak nie publikujesz fałszywej recenzji, w której udajesz, że czytałeś — nie. Czas czytelnika jest jego własnym zasobem. Większość pisarzy w wywiadach przyznaje, że również nie kończy każdej książki, którą zaczynają. Nieskończona książka to czasem najszczerszy komentarz o niej.
Jak wybrać książkę, żeby zwiększyć szanse, że ją skończę?
Trzy mechanizmy, które działają dla większości czytelników. Po pierwsze — dostosuj wybór do nastroju (gęsta powieść po pracy w wymagającym projekcie zwykle nie idzie). Po drugie — czytaj recenzje na Goodreads zamiast samych blurbów wydawniczych. Po trzecie — zacznij od krótszych książek autora, którym się fascynujesz, zanim sięgniesz po jego magnum opus.
Co zrobić z nieskończonymi książkami w bibliotece?
Trzy strategie. „Drugie życie” — przekazujesz do biblioteki publicznej, bookcrossingu, znajomemu, który mógłby chcieć. „Czekaj rok” — zostawiasz na półce, raz w roku przeglądasz, część się odblokowuje. „Wyrzuć” — w ostateczności, ale po dwóch nieudanych próbach lektury i braku sentymentu nie ma sensu trzymać. Półka książek wskazuje na to, kim chcesz być, więc nie powinna być pomnikiem niewypałów.
