Detoks cyfrowy weekend — co się stało z moją głową po 48 godzinach

W sobotę o ósmej rano oddałam Marcinowi telefon. W poniedziałek o ósmej rano go odebrałam. Między tymi dwoma momentami było czterdzieści osiem godzin, które, miałam nadzieję, coś we mnie zmienią. Zmieniły, ale nie tak, jak czytałam to w pastelowych książkach o wellbeingu. I nie tak, jak myślałam pierwszego dnia, kiedy się załamałam już w okolicach jedenastej.
Pierwsze trzy godziny: fantomowe wibracje
Myślałam, że największym wyzwaniem będzie brak Instagrama albo niesprawdzenie pogody. Okazało się, że największym wyzwaniem był mój własny ruch — sięganie do prawej kieszeni co kilka minut, bez powodu, automatycznie. Czułam wibracje, których nie było. Otwierałam dłoń pod stołem, jakbym chciała zacząć scrollować coś, czego tam nie ma. To była fizjologia, nie nawyk — moje ciało chciało telefonu szybciej, niż mózg zdążył pomyśleć, że nie ma go w kieszeni.
Marcin obserwował to z kuchni i, że tak powiem, miał uciechę. Ja w międzyczasie próbowałam zacząć książkę — Czesława Miłosza „Rok myśliwego”, leżącą na komodzie od trzech miesięcy. Przeczytałam pierwszą stronę cztery razy, zanim zdałam sobie sprawę, że nic z niej nie pamiętam.
Pierwsza doba: cisza, która zrobiła się głośniejsza niż hałas

Wyszłam na długi spacer po Mariackiej i Skałce, bez Spotify w słuchawkach. Pierwsza godzina była przyjemna — słyszałam liście, własny oddech, jakieś ptaki, których nie umiem nazwać. Potem zrobiło się dziwnie. Cisza po dwóch godzinach nie jest już romantyczna, tylko trochę panikująca. Moja głowa zaczęła wypełniać przestrzeń wszystkim, co przez tygodnie odkładałam — niezadowalającą rozmową z mamą, mailem, którego nie wysłałam klientce, drobnymi nieskończonościami codziennego życia.
To była niezbyt przyjemna część eksperymentu. Telefon, jak się okazało, robi za zewnętrzny dysk dla moich nieprzepracowanych myśli — kiedy zaczyna ich być za dużo, otwieram aplikację i zapominam. Bez telefonu nie było gdzie tego odłożyć. Wieczorem przeczytałam wreszcie dwadzieścia siedem stron Miłosza za jednym posiedzeniem. Po raz pierwszy od pół roku.
Druga doba: sen, którego nie pamiętałam od dawna
Garmina nosiłam, żeby porównać dane. Wynik: 87 procent jakości snu w nocy z soboty na niedzielę, podczas gdy mój średni tygodniowy to 71. Pamiętałam dwa sny — co się rzadko zdarza, kiedy budzę się do alarmu i od razu otwieram telefon. Zegarek o szóstej rano nie był jeszcze pełnym sygnałem do działania, więc poleżałam.
W niedzielę pojechaliśmy na śniadanie na ulicę Świętego Jana. Marcin co chwilę sprawdzał coś w telefonie — nie żeby przesadnie, ale wystarczająco, żebym zauważyła, jak bardzo to zachowanie wcześniej znormalizowałam. Z drugiej strony stołu wyglądało jak tik. Sama też tak wyglądam, kiedy on mnie obserwuje.
Powrót: czterdzieści siedem powiadomień w pięć minut

W poniedziałek o ósmej Marcin oddał telefon. Czterdzieści siedem powiadomień, jedenaście nieodebranych, sześć wiadomości od klientki, dwie z mediów, trzy z grup rodzinnych. Cała górka, ale w sumie nic, co nie mogłoby poczekać do pracy. Otworzyłam Instagram na klatce schodowej, jadąc do pracowni. Scrolllowałam dwadzieścia trzy minuty bez przerwy. Wyglądałam jak ktoś, kto wrócił z miesięcznego głodu i rzuca się na lodówkę.
I tutaj dochodzimy do głównego wniosku z całego eksperymentu — weekendowy detoks nie zmienia niczego trwale, jeśli wracasz do tych samych przyzwyczajeń. To trochę jak detoks od cukru w niedzielę po sześciu dniach picia coli. Doświadczenie ciekawe, dane interesujące, długoterminowo bez efektu.
Co zmieniłam na stałe
- Usunęłam aplikację Instagrama z telefonu. Wchodzę przez przeglądarkę, gdzie scroll jest niewygodny i nie ma trybu dark.
- Powiadomienia push wyłączone dla wszystkich aplikacji poza dwoma — telefon (rozmowa) i kalendarz (terminy).
- Telefon poza sypialnią, ładuje się w salonie. Zegarek wystarczy jako budzik.
- Pierwszą godzinę po przebudzeniu bez ekranu — kawa, jakaś książka, czasem cisza.
Czterdzieści osiem godzin bez telefonu nauczyło mnie głównie tego, że problem leży w narzędziach zaprojektowanych tak, żebym do nich wracała. Detoks bez zmiany ekosystemu to teatr. Realne zmiany zaczęły się po, nie w trakcie weekendu — i to one zostały.