Cztery błędy które popełniałam pierwszy rok z lustrzanką

W tym tygodniu robiłam porządek na dysku zewnętrznym i otworzyłam folder „2020 — pierwszy rok z Canonem”. Sześćset zdjęć, z których teraz patrzę na góra dwadzieścia bez zażenowania. Reszta to portret tego, jak wyglądała moja krzywa uczenia się — pełna decyzji, które wtedy wydawały mi się logiczne, a dziś rozumiem, dlaczego były błędem.
Kupiłam wtedy Canona EOS 250D z kitowym 18-55, używanego za 1800 zł. Nie żałuję sprzętu — żałuję, jak go używałam. Cztery rzeczy zrobiłabym dziś inaczej.
Błąd pierwszy: tryb Auto na wszystko
Przez pierwsze osiem miesięcy kręciłam pokrętło na zielone „A” i ufałam aparatowi. Rozumiem, że w pierwszym tygodniu — okej, trzeba się nauczyć trzymać sprzęt w ręku. Ale po dwóch miesiącach wciąż nie wiedziałam, co robi przysłona ani co to czas otwarcia migawki. Aparat decydował za mnie i miałam zdjęcia poprawne, ale identyczne. Brak rozmycia tła, brak intencjonalności, brak własnego stylu.
Co robiłabym inaczej: drugi miesiąc — przełączyć na Av (priorytet przysłony) i zmuszać siebie do myślenia, jak głęboka ma być ostrość. Trzeci miesiąc — tryb M, początkowo z auto-ISO. Aparat to instrument, nie automat do kawy. Dopóki nie ustawiasz parametrów sama, nie fotografujesz — robisz pamiątki.
Błąd drugi: kupowanie obiektywów zamiast nauki kompozycji

W szóstym miesiącu kupiłam Canon 50 mm f/1.8 (380 zł, „nifty fifty”). W dziewiątym miesiącu sigma 17-50 f/2.8 (1400 zł używana). W jedenastym myślałam o teleobiektywie 70-200. Tymczasem wszystkie moje zdjęcia z tego okresu miały ten sam problem — centralna kompozycja, horyzont krzywy, brak warstw planu pierwszego i tła.
Nowy obiektyw nie naprawia kompozycji. Naprawia ją Henri Cartier-Bresson, Saul Leiter, Vivian Maier — godziny oglądania albumów, książki o kadrowaniu, świadome ćwiczenie reguły trzecich, linii prowadzących, negatywnej przestrzeni. Pierwszy rok powinnam była zostać na kitowym 18-55 i wytrenować oko. Drugi obiektyw kupiłabym świadomie, wiedząc, jakiej ogniskowej mi brakuje.
Błąd trzeci: filmowanie w trybie zdjęciowym z włączonym podglądem

Tego nikt mi nie powiedział i kosztowało mnie żywotność migawki. Lustrzanka 250D ma migawkę nominalnie na 100 tysięcy zdjęć. Kiedy pracujesz z włączonym Live View przez ekran (a nie przez wizjer), lustro stoi podniesione i migawka jest otwarta cały czas. Robiąc zdjęcie w tym trybie, aparat dodatkowo „pyka” migawkę dwa razy zamiast raz. Po roku miałam licznik 38 tysięcy migawki, choć zrobiłam około dwunastu tysięcy zdjęć.
Lustrzanki są zaprojektowane do fotografowania przez wizjer optyczny. Live View używaj tylko wtedy, kiedy musisz (statyw, makro, niski kąt). Dla bezustannego patrzenia w ekran kup bezlusterkowiec — tam to standardowy tryb pracy i sensor jest zaprojektowany do długich sesji.
Błąd czwarty: edycja w Lightroomie „pod Instagram”
Lightroom mobile za 12 zł miesięcznie był darem niebios — i jednocześnie pułapką. Pierwszy rok edytowałam pod algorytm: czerwień +50, pomarańcz +30, dehaze +40, klarowność +35. Wszystko wyglądało jak fotografia z Pinteresta w 2018, czyli przepalone HDR, ciepły filtr, beżowa karnacja zamieniona w mahoń. Pół roku później patrzę na te zdjęcia i widzę plastik.
- edycja powinna podkreślać, co już jest w zdjęciu, nie tworzyć efektu od zera
- presety od influencerów to skrót, nie nauka — kup jeden kurs zamiast pakietu presetów
- RAW edytowany subtelnie wygląda lepiej za pięć lat niż JPG przepalony pod algorytm
- kursy z których wyniosłam więcej niż z YouTube: Marcin Mateusiak na Photoclassroom (kurs kompozycji), książka „Zrozumieć fotografię” Bryana Petersona
Te zdjęcia z 2020 zostawiłam na dysku. Nie kasuję, bo widzę w nich, jak daleko zaszłam i co dokładnie zrobiłam źle. Dzisiaj kupiłabym używanego Canona 90D albo R10 (bezlusterkowiec już, nie lustrzanka), zostałabym przez rok na jednym obiektywie 18-55 albo 24 mm stałym, i wieczorami zamiast scrollować presety czytałabym Saula Leitera. Tak postanowiłam mojej siostrzenicy, kiedy w zeszłym miesiącu pytała, jak zacząć.