Albania off-season — październikowa wycieczka która zaskoczyła

Albania off-season — październikowa wycieczka która zaskoczyła — Albania październik off-season

Do Albanii pojechałam w drugim tygodniu października 2025, w okolicach urodzin Marcina, z założeniem, że spędzimy razem dziesięć dni gdzieś, gdzie sezon się już skończył, ale słońce jeszcze nie. Wybór padł po dwóch wieczorach przy mapie, między Albanią a Czarnogórą. Wygrała Albania, głównie ze względu na ceny — i to się okazało dobrą decyzją, choć z innych powodów, niż myśleliśmy w Krakowie.

Trasa: Tirana, Berat, Gjirokastra, Saranda

Lecieliśmy Wizzairem z Katowic do Tirany, 540 zł w dwie strony za osobę. Plan był prosty: dwie noce w stolicy na rozkręcenie się, trzy w Beracie, dwie w Gjirokastrze, trzy w Sarandzie na wybrzeżu. Trasa południowa, autobusami międzymiastowymi, bo wynajem samochodu w październiku po Albanii to opowieść na osobny artykuł — krótka wersja brzmi: drogi są lepsze niż przed dziesięcioma laty, ale lokalna kierowca nadal traktuje pas dzielący jako sugestię.

Tirana zaskoczyła mnie skalą zmian. Centrum w okolicach Skanderbeg Square jest dziś bliżej Belgradu niż Tirany sprzed dekady. Pjeter Bogdani Street wieczorami pełna ludzi, ceny w restauracjach koło dziesięciu euro za pełny obiad z winem. Cena baru z porządną kawą włoską: 100 lek, czyli mniej więcej cztery złote.

Berat: białe miasto i godzina w dół

Albania off-season — październikowa wycieczka która zaskoczyła — Albania październik off-season

Berat z lotu ptaka wygląda dokładnie jak na zdjęciach, których wszyscy używają w reklamówkach — białe domy z setkami okien sypiące się po zboczu. Z bliska to żywe miasto, w którym ludzie nadal mieszkają, suszą fasolę pod oknami i kłócą się o miejsce do parkowania motoroweru. UNESCO chroni budynki, ale nie zmieniło rytmu codzienności.

Nocowaliśmy w pensjonacie Castle Park — 25 euro za noc, śniadanie w cenie (jajka, świeży chleb, miód i ten gęsty jogurt, który w Polsce kosztuje fortunę w sklepach BIO). Spacer do twierdzy Kala zajmuje czterdzieści minut pod górę kamiennymi schodami. W październiku po południu spotkaliśmy tam trzy inne osoby — francuską parę i samotnego Niemca z aparatem, który polował na konkretne światło o szesnastej.

Gjirokastra i Saranda: dwa różne światy

Z Beratu do Gjirokastry pojechaliśmy busem za 1000 lek od osoby. Cztery godziny, jeden postój na kawę, kierowca o imieniu Edi zaproponował nam rakiję ze swojej butelki przy wsiadaniu — odmówiłam, Marcin zaakceptował, oczywiście. Gjirokastra to kamień, dosłownie: dachy z kamiennych płyt, ulice z bruku, twierdza nad miastem z resztkami komunistycznej zbrojowni. Tu zatrzymaliśmy się w Stone City Hostel za 22 euro za pokój dwuosobowy.

Saranda — zupełnie inna planeta. Riwiera, beton, pensjonaty w pastelowych kolorach, większość na koniec sezonu już zamknięta. Plaża prawie pusta, woda 21-22 stopnie. Wykąpaliśmy się pierwszego dnia, drugiego było pochmurno, trzeciego znowu słońce. Stamtąd godzinną łódką do Ksamilu i jego turkusowych wysepek — w lipcu podobno tłumy, w październiku pięć osób na plaży.

Konkretne koszty dziesięciu dni

Albania off-season — październikowa wycieczka która zaskoczyła — Albania październik off-season
  • Lot Wizzair Katowice-Tirana w dwie strony: 540 zł za osobę.
  • Noclegi razem (9 nocy): 240 euro za dwoje, czyli mniej więcej 1050 zł.
  • Transport międzymiastowy: bus Tirana-Berat 500 lek, Berat-Gjirokastra 1000 lek, Gjirokastra-Saranda 700 lek. Łącznie z transportami lokalnymi i taxi z lotniska: 90 euro za dwoje, czyli 390 zł.
  • Jedzenie i picie: kolacje w lokalnych tavernach 8-12 euro za osobę z winem, lunch 4-6 euro. Razem dziesięć dni: 280 euro za dwoje, 1230 zł.
  • Atrakcje (twierdze, łódka do Ksamilu, drobne wstępy): 80 euro razem, 350 zł.

Łącznie dla dwóch osób: około 4630 zł za dziesięć dni z lotem. Bez sprawdzania tabelek z innych krajów wiem, że za tę samą sumę w październiku w Portugalii pokrylibyśmy cztery dni, a we Włoszech sześć.

Co zaskoczyło i co nie wyszło

Zaskoczyło mnie, że euro jest akceptowane prawie wszędzie poza najbardziej lokalnymi tawernami i busami, ale kurs liczony przez właściciela jest gorszy o 5-8 procent niż w bankomacie. Lepiej wymienić sto-dwieście euro na początku w Tiranie i nie liczyć na to, że bankomat w Beracie nadal działa o ósmej wieczorem.

Zaskoczyły mnie też bunkry. Albania ma ich ponoć ponad sto siedemdziesiąt tysięcy, pamiątka po reżimie Hodży. Są dosłownie wszędzie, pod drzewami przy drogach, na plażach, w ogrodach prywatnych domów, gdzie służą za szopy na narzędzia. To dziwne, melancholijne tło dla kraju, w którym wszystko inne wskazuje na rozpęd ku przodowi.

Nie wyszło: pensjonat w Sarandzie, w którym mieliśmy spać przedostatnią noc, okazał się zamknięty z powodu prac remontowych — booking nie zaktualizował statusu. Znaleźliśmy alternatywę po godzinie chodzenia po nabrzeżu, ale dwa stopnie niżej standardem. Druga rzecz: BlaBlaCar w Albanii praktycznie nie działa, Wolt jeździ tylko w Tiranie. Trzeba liczyć na busy albo płatne taxi (na trasach dłuższych dyskretnie ustalane).

Wróciłabym jeszcze raz, ale wcześniej w roku — w maju albo na początku czerwca, kiedy morze jest chłodniejsze, ale wszystko jeszcze otwarte i woda nadal pita prosto z górskich źródeł. Albania off-season to świetna decyzja na pierwszą wizytę, słabsza, jeśli wracasz po raz drugi i chciałbyś sezonu, który właśnie się skończył.